Navigare Necesse Est, Vivere Non Est Necesse
łac. żeglowanie jest rzeczą konieczną, życie - niekonieczną. Etym. - napis na Domu żeglugi w Bremie tł. z gr.słowa Pompejusza, wskakującego na statek, znaczące wówczas: "muszę odpłynąć natychmiast, nawet ryzykując wasze życie" (z powodu burzy).
Przedziwne rzeczy, które zaistniały jeden jedyny raz, by stać się niepowtarzalne.
Sobota
Piękna Góra - wypływamy
Jeszcze na długo przed wypłynięciem na umówione miejsce przybyli Barlog i Tspoon. Żaglówkę mogliśmy odebrać o 9:00 ale nam się jakoś nie chciało. Mors RT co się zwie "Obsesja II" został przepisowo odebrany o 12:00 z portu Top-Yachting przez Woodza i TSpoona. Stara wysłużona łajba miała nam służyć za domek przez najbliższy tydzień. Ja od razu ją pokochałam - szczególnie za niski sufit ;)
Z nadmiaru czasu postanowiliśmy popłynąć do Maniany i jego załogi, która, chyba za mało zapłaciła za łódką, więc nie dostała foka i teraz na niego czekała w porcie Sailor. Odczekaliśmy szukanie odpowiedniego foka dla łódki typu Tango, odczekaliśmy mało zgrabne manewry zakładania foka (a tak szczerze wyglądało to na początki szkolenia z zakładania żagli). Oglądając to wszystko raczyliśmy się piwkiem, a Tspoonowi daliśmy do picia wody z kranu w puszce po Tyskim, z czystej ciekawości. Co też zrobi? Pozna się czy nie? Wypije czy wypluje? Wypił! Ale pluł jakby go ktoś chciał otruć wodą.
W końcu po kilku godzinach udało nam się wypłynąć na bardziej otwarte wody.
No to zrobimy sobie dla rozgrzewki kanalik Niegociński a potem jeziorko. W tym kanaliku trzeba się mocno wyrabiać na zakrętach, a na dodatek ma nieco płytkie brzegi i połamane gałęzi - "zawalidrogi". Myknęliśmy sobie na Niegocin i prawie niezauważalnie minęliśmy go. Kręciliśmy się przed dziobem łódki Maniany ciągle wchodząc im na kolizyjną, a oni nie byli nam dłużni. Ustaliliśmy więc stawkę:
- w rufę: 20 punktów
- w dziób 30 punktów
- w keje 50 punktów i uścisk ręki prezesa + extra bonus ;-)
- w kaczkę: 10 punktów
Za kajak: 4 punktów ( konieczny slalom ! )
- za przywalenie w kajakarza: -10 punktów
Za niestandardowe użycie kotwicy (rzut na odległość)
- z trafieniem w rufę w inna jednostkę pływająca: od 40 - 45 punktów
- z trafieniem w dziób w inna jednostkę pływającą: 35 - 40 punktów
- z trafieniem w kajak : 45 punktów
- z trafieniem w kajakarza : 60 punktów
- z trafieniem w kaczkę : 70 punktów
Za posprzątanie pokładu bomem: 60 punktów.
Za każde przywalenie jednoczesne w dwie jednostki lub kaczki itp. ... punkty przyznaje się podwójnie.
Załoga Maniaka trafiła na mieliznę ale punktów im za to nie przyznaliśmy. Abordaże wychodziły nam tak sprawnie, że ukradliśmy im Maniaka, za to oni ukradli nam TSpoona. Co z tego wyniknie nie wie nikt ;) Zaczęło się robić późno i z obawą, że do miejsca wybranego noclegu dopłyniemy nad ranem płynęliśmy na silniku holując się na zmianę z Maniakiem. Nam holowanie wychodziło o wiele gorzej: cały czas kończyła nam się benzyna, Woodz próbował złapać szybko uciekającą linkę, w kanale łódka uznała, że do kitu z takimi żeglarzami i ona zawraca...Ktoś z brzegu próbując nam pomóc łapać łódkę wpadł do wody, także sialiśmy same zniszczenia. Dzielny pomocnik został obrzucony przez chłopców puszkami z piwem. Zrobiliśmy jeszcze slalom między tyczkami na jeziorze Szymon i w końcu po jakiś strasznych przeżyciach dotarliśmy do Zielonego Gaju. Powitała nas zgraja czegoś co przypominało ludzi. #Zagle. Załoga Rio: DeMoon, Casiopea, Mada, Robert, ginko. Załoga Teddy-Sikorka-Elite: Teddy, Sikorka, Elite. Załoga Firsta: Clipper, Josiek.
Niedziela
Tspoon miał wątpliwą przyjemność obudzenia się pod strumieniem zimnej wody z czajnika. Po obfitym śniadanku wyruszyliśmy dalej na południe Mazur. Znów kanały. Czy tutaj nie ma żadnych jezior? A tak w ogóle czemu żadnej sterowności nie mamy? Czy miecz jest opuszczony? Ależ oczywiście! To czemu cały fał jest wyciągnięty? A... to widocznie nie jest opuszczony. TSpoon za sterem - ratuj się kto może. "Chodźcie przycumujemy sobie do tego pomostu" mówi TSpoon. "TSpoon płyniemy środkiem...TSpoon ten pomost jest rozłożony na brzegu....w prawo płyń..." Uwaga mielizna! Miecz - góra! No to standardowo zaliczyliśmy malutką mieliznę. Uznałam, że od tego momentu naprawdę pływamy. Próbowaliśmy iść na wyścigi z kaczką ale oszukiwała bo poszła pełnym zanurzeniem. W desperacji chcieliśmy się powiesić na drutach wysokiego napięcia, tyle że jakiś dziwak powiesił je za wysoko. Kaczka oszukuje, druty za wysoko ..nie ma po co żyć - płyniemy do Mikołajek.
Barlog dotrzymał obietnicy i postawił wszystkich na nogi. Zrobił taki obiad że paluchy lizać. TSpoonowi włączył się od tego ViPower i mieliśmy dodatkową moc napędową. Ale zanim wypłynęliśmy Woodz naprawiał coś dziwnego co usztywnia grota. Namęczył się strasznie z tymi listwami, ale inaczej to TSpoona nie moglibyśmy na łódce trzymać bo żagiel całkiem by się rozpadł.
Wypłynęliśmy z Mikołajek i pomyślałam że w razie kataklizmu jakiegoś to powinnam przejść podstawowy kurs sterowania. Woodz wyznaczył mi kurs na ścianę lasu. Po jakimś czasie coś mu się zmieniło i kazał mi wracać. Wypływał właśnie Maniana i nie za bardzo wiedziałam co mam zrobić żeby nie zrobić stłuczki na wodzie. Ale miałam dzielną załogę - nie bali się ze mną pływać. Podobno zrobił się baksztag (tu proszę pytać Woodza) stałam sobie oparta o ster, a on zaczął fajnie wibrować. No teraz to ja się nie dziwie Tspoonowi, że lubi lubi sterować. Tylko czemu wszyscy rżeli z powodu wibrowania steru..? ;) Woodz znów kazał mi płynąć na jakieś czerwone, a jak się obróciłam żeby to sobie obejrzeć to zrezygnowany powiedział "Dobrze, może być na to niebieskie".
Później chłopacy standardowo żeglowali i pływali, a ja tylko podpływałam. Chcieliśmy staranować prom, ale taki był fajny. "Patrzcie jak fajnie ta lina przed nim wychodzi..... a za nim zostaje." A musimy robić ten zwrot tak fajnie go z bliska widać? Ciekawe czy musimy podnosić miecz czy pociągniemy prom ze sobą? A TSpoon stał na rufie i robił ViPower. No i w końcu byliśmy na tej bindudze. Bardzo piękna Binduga Śniardwy, z miejscem na ognisko ...i z ogniskiem rzecz jasna. Już od Mikołajek płynęła z nami załoga Wyśpiewanej: Mik i Śmigacz. Pięknym trimaranem przypłynęli First dodatkowo z Sailorem na pokładzie, Teddy-Sikorka-Elit i Rio. A później było piwo, kiełbaski, pogawędki przy ognisku.
Poniedziałek
Tam gdzie czyha Josiek człowiek nawet spokojnie umyć się nie może. Próbował mnie utopić - altruista jeden. Na szczęście Woodz nauczył mnie fajnej metody duszenia. Próbowaliśmy zrobić klar na pokładzie, ale Mors nie od tego jest Morsem żeby był czysty. Zaraz znów cały się zaświnił.
Przez całe Bełdany pogoda nie mogła się zdecydować. Padać czy nie padać, bo słońca to nie będzie na pewno. Sznurki były mokre, piwo mokre, woda mokra... a płyńmy do tej śluzy niech ja zobaczę co to za zwierze.
Śluza Guzianka to takie coś co nabiera wody albo wypuszcza, w zależności od potrzeby. Naszą potrzebą było żeby nabrała wody i to czym prędzej, bo za nami Maniana, cirri i Silwer próbowali abordażu jakiegoś. W końcu przyszedł pan, zgarnął 5PLN od łódki i otworzył wrota. Dziwnymi szuwarami dopłynęliśmy do Rucianego - Nidy. Mieliśmy tam spotkać się z Jorką i psem Diego. Podczas gdy "obiad się robił", a Jorka rozpakowywała poszłam z Woodzem do najbliższej apteki w Rucianym czyli do Nidy.
Całym tym szukaniem apteki byłam zmęczona, więc napisze tylko co mnie ominęło. Najpierw Neptun stworzył katamaran z łajby Woodza i Teddego, a widząc że jest dobry, stworzyła z niego trimaran dołączając Clipprową łódkę. Tak to sobie dzielnie żeglowali Woodz, Barlog, Tspoon, Jorka, Elite, Sikorka, Teddy, Clipper, Sailor i Josiek. Podczas trimaranu wcięło nam dwa obijacze, aż do końca rejsu ale przeżyliśmy.
Nie śpiesząc się zbytnio dopłynęliśmy na Bindugę Wierzba. Jak już uznaliśmy że stoimy dobrze i nie zatoniemy na pewno poszliśmy się integrować bezalkocholowo, bo my jeszcze będziemy pływać. Około 24:00 zadzwonił serwan że jest już na miejscu i nie ma czym dojechać, jednym słowem Help! i Pomoszci! DeMoon niby znający dobrze okolice, latarka Elita, Barlog, Woodz i ja wyruszyliśmy do Rucianego po serwana. Próbowałam się utopić w ciemności ale mi nie wyszło. Dopłynięcie nocą do przystani Pod Dębami było pestką w porównaniu do późniejszego namierzania pozycji serwana. W końcu cała ekipa wybrała się do Nidy po zagubionego załoganta. Serwan zdążył zapoznać już wszystkie psy okoliczne pętając się w nocy po mieście. W końcu załadowaliśmy serwana na łajbę i starając się nie zgubić w ciemnościach wróciliśmy na Bindugę Wierzba.
Wtorek
Na południe... na południe tam musi być jakaś cywilizacja. Nie będę siedzieć w środku! Unikając łokci Barloga i serwana próbowałam zmieścić się gdzieś na mżawce. Nie, to nie jest możliwe. A tak w ogóle to nabieramy wody zlewem więc mi proszę wyprostować tą łódkę. Tspoon nie wytrzymał presji i poprosił o natychmiastowy przystanek na lądzie suchym (też mokrym).
Zimno. Serwan jest zboczony, bo je lody. Reszta razem z nim. W tym miejscu to ja proszę o wybaczenie ale mogę pisać jedynie o tym co się działo w kubryku. Wygnali mnie na zewnątrz tylko temu, że potrzebne było dodatkowe coś przy cumowaniu. Po co cumowaliśmy? - piwo się kończyło, żarcie trzeba było dokupić. Jeszcze trochę tego zimnego wiatru, a Zatoka Zamordeje nas zamorduje. Po minięciu paru czarnych chmur dobiliśmy do Bindugi Bobrowej. Bobrów nie było - zjadły je kleszcze i komary. Woodz w ramach protestu podpalił się chyba bo strasznie parował. Ale były przecież karty od których bolała serwana ręka. Przynajmniej jest to oficjalna wersja, a ręka bolała go od tego walenia jak się wyraził.. Było fałszowanie z gitarą. I inne świństwa. W ogóle tego wieczoru Obsesja była bardzo gościnna. Silwer, Woodz, serwan i Barlog grali w brydża co było tak zajmujące aż pies usnął. Potem Barlog pożegnał się z nami. Na drugi dzień Wyśpiewana miała dowieść go do Rucianego. Tam kończył rejs. Dołączyć za to na Wyśpiewaną miała Ela - żona Mika.
Mokro. Serwan jest zboczony, bo w takie mrozy je lody. Reszta razem z nim. W tym miejscu to ja proszę o wybaczenie ale mogę pisać jedynie o tym co się działo w kubryku. Wygnali mnie na zewnątrz tylko temu, że potrzebne było dodatkowe coś przy cumowaniu. Po co cumowaliśmy? - piwo się kończyło, żarcie trzeba było dokupić. Jeszcze trochę tego zimnego wiatru, a Zatoka Zamordeje nas zamorduje. Po minięciu paru czarnych chmur dobiliśmy do Bindugi Bobrowej. Bobrów nie było - zjadły je kleszcze i komary. Woodz w ramach protestu podpalił się chyba bo strasznie parował. Ale były przecież karty od których bolała serwana ręka. Przynajmniej jest to oficjalna wersja, a ręka bolała go od tego walenia jak się wyraził.. Było fałszowanie z gitarą. I inne świństwa. W ogóle tego wieczoru Obsesja była bardzo gościnna. Silwer, Woodz, serwan i Barlog grali w brydża co było tak zajmujące aż pies usnął. Potem Barlog pożegnał się z nami. Na drugi dzień Wyśpiewana miała dowieść go do Rucianego. Tam kończył rejs. Dołączyć za to na Wyśpiewaną miała Ela - żona Mika.
Środa
Znów będziemy zwiedzać Ruciane. Musimy wysadzić serwana w jakimś mieście trochę cywilizowanym. Zwinęliśmy się z Bobrowej zaspani jak chomiki. Serwan bardzo ładnie klaruje żagle - należy to odnotować dla wiadomości innych. I może byłam zaspana, ale chyba razem z TSpoonem myli pokład. Tak więc po trudnych i żmudnych przeprawach dostaliśmy się w końcu do Rucianego. Serwan musiał czekać na pociąg więc skazany był na nasze towarzystwo. Za 6PLN było odchamianie się czyli prysznice. TSpoon chyba nie kąpał się sam bo po 5 min. dało się słyszeć głośny krzyk. Burżujstwo się zaczęło szerzyć...na obiad schabowe własnoręcznie rozbijane przez panią w sklepie, micha sałatki i ryż. Pożegnaliśmy serwana i Sailora, którzy zmykali do domów i do pracy. Sami mieliśmy nadzieję zdążyć przepłynąć śluzę. Niestety było nieczynne z powodu braku sezonu, przenocujemy sobie w zatoce a rano się ześluzujemy.
Czwartek
W tej zatoczce jest całkiem głęboko: 0,5m wody i muł do oporu. Czekając na otwarcie śluzy próbowaliśmy przehandlować psa Jorki innej załodze. Ogólnie wiele osób się nim zachwycało. W końcu znaleźliśmy się w śluzie. Trzymam te głupie niebieskie sznurki tylko po co? Jorka zaknagowała swój na rufie poszła szukać aparatu. Zrobimy sobie zdjęcie. Jazda w dół jest fajniejsza można się ewentualnie przywiązać i przejechać parę razy. Zaczęło się troszkę wypogadzać, a my zawinęliśmy do Piasek. Słońce! Słoneczko! A Piaski są dosyć ładne nawet. Ekspedientka zauroczyła się TSpoonem i z własnego domu mięso na obiad mu przywiozła, dodała także jajko gratis (a skąd wiedziała, że jednego mu brak?). Później albo wcześniej TSpoonowy grzaniec ze specjalnego winka był taki że niech się piwo schowa. Na Bełdanach spotkaliśmy Wyśpiewaną. Przy ładnej pogodzie my staliśmy w miejscu, a oni kręcili kółka wkoło nas. W końcu udało nam się zmusić Morsa do jako takiego płynięcia i przybicia do Bindugi Tarpan. Woodz uczył tam Diego oddawania kija i sprawdzał czy psy toną. Pożarliśmy Tspoonowy obiad jak zwykle dobry. Odpoczęliśmy trochę i nie śpiesząc się specjalnie żeglowaliśmy dalej, a co niektórzy nawet pływali. Ja wypiłam jeszcze szklaneczke grzańca i uznałam, że ide spać. Woodz chciał przepis na grzańca chyba sądził, że będzie miał ze mną spokój. Obudzili mnie w Mikołajkach pytaniem czy cos zjem. Bardzo dobry argument żeby wstać. Znów burżujstwo - kolacja zjedliśmy "Pod złamanym pagajem". Reszta łajb bawiła się 0°4' i cos tam od nas przy przesmyku na Śniardwy.
Piątek
Cały wczorajszy dzień TS miał telefony i właśnie w sprawie owych telefonów musiał wstać bladym świtem i gnać do Giżycka. Jorka z psem uciekała już od nas. Czyli znów Woodz był skazany na tylko moje towarzystwo. Opiekować się Małą i Morsem to nie jest takie proste. Na odcinku Tałty dostałam do łapki szoty i miałam zajęcie. Później zepsuł się kabestan odmówił jakby współpracy, ale byłam dzielna i zrobiłam sobie odcisk. Robiliśmy zwrot za zwrotem. W końcu przy pierwszym kanale Woodz oddał mi ster, a sam zajął się kładzeniem masztu i żaglem. A jak już trzymam ten ster to se popłynę. W kanale zobaczyłam coś strasznego. Setki ludzi z długaśnymi kijami sięgającymi drugiej strony kanału łowiących ryby. A na dodatek Tspoon dzwoni i mówi, że już jest w tej Szymonówce. Co? Jaka Szymonówka? No może nie Szymonówka, może Szczepanówka albo Sczepanki albo Szymonka. Gdzieś tam się znajdował. Nazwa geograficzna nie grała roli, należało po niego przypłynąć. Z pomocą Woodza omijałam spławiki i betonowy brzeg, ale po jakimś czasie całkowicie oddałam mu ster. Do takich rzeczy to trzeba mieć opanowanie. Tuż przed kanałem Szymoneckim zadzwoniłam do Tspoona. "Tspoon co pijesz? Kawę czy cherbatę?" "A to ja może najpierw wsiądę..?" - odpowiedź TS'a czekającego na nas znów w miejscu gdzie nie wolno parkować (w tamtym roku zrobił to samo na Bocznym). No cóż pozostało mu skakać na łódkę, a Woodzowi manewrować tak żeby nie rąbnąć w tą żeglówkę z na przeciwka.
I stało się - to się musiało tak skończyć. Wylądowałam w roli kucharza, a właściwie kanapkarza. Postój za kanałem, kawka, kanapki, słonko, płyniemy dalej. Teraz to już tylko tyle żeby dopłynąć do Giżycka o przyzwoitej porze, bo później TSpoonowi samochodu mogą nie wydać. Boczne z Niegocinem mi się pokręciło i pogubiłam się gdzie jest ta mielizna. Wyszło mi, że się przesunęła i teraz zamiast kawałek to 3/4 Niegocinu zajmuje. Przycumowaliśmy w LOK-u Giżycko gdzie jakiś facet od razu pyta nas ile chcemy płacić. Obsypując się jak zwykle czułymi pozdrowieniami przegnaliśmy Tspoona i udaliśmy się do Wilkas. Zdaje się, że pierwotny zamiar był taki, by posprzątać wszystko tak, by jutro się już nie przemęczać. Zamiar został zrealizowany w 70% plus kolacja. Później cała ekipa czyli Woodz i Mała (ja) padła zmęczona.
Sobota
Zaspaliśmy. No bez paniki, czy to pierwszy raz? Zresztą właściciel portu też się nie mógł dziś dobudzić. Podpłynęliśmy do Top-Yachtingu, a tam założony łańcuch. Tak - to co mam łódkę wyciągnąć i przewlec po trawie? Na szczęście jakiś dobry człowiek otworzył te dzikie zapadki. Nie miałam siły żeby schować cały miecz więc trochę tego łańcucha powlekło się za nami. Ale w końcu odstawiliśmy łajbę. Musieliśmy odzyskać jeszcze dwa odbijacze z Obsesji. Ale co to dla nas. Drogą lądową odwiedzamy DeMoona i jego załogę. Odbieramy to niebieskie przy czym jedno jakby bez powietrza, ostatnie uściski. Na koniec dobry uczynek: pomagamy komuś zepchnąć łódkę na wodę.... Opaleni wiatrem i w dobrych humorkach mogliśmy wracać do codziennej pracy.
Rzeczy dziwne i niepowtarzalne
Od tego walenia to juz mnie reka boli.....Serwan (przy grze w karty)
Płyń na te drzewo. (Woodz do Małej pokazujac las)
Nie podniecaj mnie. (TSpoon sie łatwo wszystkim podnieca. Spytajcie psa Jorki.)
Głupi pies bo tonie. (standardowo wszysko było głupie bo toneło)
Ale on fajnie wibruje. (Mała robi sobie dobrze przy sterze)
No to pływamy! (standardowo przy piwie)
Pani w sklepie rozbijała tasakiem schabowe - taka byla miła. (Nic tylko posyłać TSpoona do sklepów). Innym razem TSpoon dostał jajko gratis i kobieta przywiozła mu zakupy z własnego domu.
Podczas dobrych przechyłów wodę wybijało nam zlewem. Przecież mowiam że nabieramy wody...
DeMoon powiedział że jestem miła i sympatyczna, w tym momecie TSpoon spojrzał na niego z dezaprobata. "Niesłuchaj go. Jest pijany."
To ja tak krzywo sikam czy kilwater krzywy mamy?
A Jorka sie przyknagowala w sluzie..Co? My sie nie przyknagujemy?
Woodz po cieżkiej pacy w deszczu zagotował się w spodniach i fajnie parował.